
Wstępu tytułem
Zgodnie z zapowiedzią, postanowiłem opisać mój pogląd na technologię coraz śmielej wkraczającą na rynek światowy. Już teraz, po wydaniu czwartej generacji Amazon Kindle’a i powstaniu całej rzeszy innych tego typu produktów, napisać mogę, że jest to produkt przyszłości…
…choć tylko dla tych, którzy uważają, że czytanie ma jeszcze jakąś przyszłość. Nie bądźmy jednak pesymistami – rynek wydawniczy w Polsce ma się chyba wcale nieźle, nawet jeśli większość obywateli za godniejszą rozrywkę ma telewizory i komputery, to czytanie jest fizjologiczne. Wkrótce po tym, jak udało nam się uwolnić ręce, do chodzenia używając już tylko kończyn dolnych, te górne zaczęło przecież świerzbić. W ten sposób, korzystając przy okazji z cały czas rosnącej puszki mózgowej – narodziło się pisanie. Czynność ta przez większość historii przeznaczona dla nielicznych miała jeszcze swój bardziej popularny odpowiednik – czytelnictwo właśnie. Bo bez czytania, pisanie nie istnieje… nie licząc pisania “do szuflady”, ale ja nie o tym teraz.
Jeśli chodzi o proces tworzenia, nowoczesność zdominowała go już lata temu. Nie ma co ukrywać: pisanie ręczne i następujące po nim – na maszynie, zostały już dawno wyparte przez ułatwienia, jakie oferują edytory tekstu. Przeminęły już ery oddawania wydawcy rękopisu bądź maszynopisu – pliki cyfrowe święcą tryumfy i trudno się temu dziwić. Postęp.
Płyty CD wyparły analogi, WORD z jakże cenną możliwością edycji – wspomniane pióra i maszyny. A jak z czytaniem? Tutaj bastion analogu wciąż jest najsilniejszy, a za oknem przecież XXI wiek. Jeszcze do niedawna rozpowszechniony przez Gutenberga druk nie posiadał żadnej konkurencji ze strony współczesnej technologii. Owszem, są ekrany LCD – w komputerach, telefonach, coraz popularniejszych tabletach. Jednak każdy dobrze wie, że jeśli chodzi o czytanie większej ilości tekstu, jest to rzecz wysoce niewygodna. Za przykład podam siebie, który musząc poprawić własny, długi na 20 stron A4 tekst, wolałem całość wydrukować, niż kolejne 1,5h szukać błędów na męczącym oczy ekranie. O ile pisanie da się jeszcze wytrzymać (choć i tak czekam na e-papierową maszynę do pisania), to czytać? Z największą niechęcią a najlepiej nigdy! Co zostało, wiedząc, że nie tędy droga?
Wynalezienie E-papieru
A czym jest owa nowalijka? W uproszczeniu – ekranem cyfrowym nieświecącym (czytaj: nie męczącym wzroku). Krokiem w innym kierunku niż tradycyjne matryce odświeżające obraz w określonej częstotliwości – tu obraz jest w pewnym sensie statyczny, nie mruga, jest dzięki temu wygodny. Raz ustawiona strona nie wymaga energii do jej utrzymania – tutaj kłania się elektrostatyka. By nie zanudzać opisem technicznym całości zapodaję obrazek (za wikipedią): ![]()
Technologii e-papieru jest kilka, najnowocześniejszą zaś jest prezentowany tutaj E-INK. Żądnym głębszej wiedzy zostawiam zalinkowane strony na wiki, pozostałym wyjaśnię wprost – przez punktowe manipulowanie potencjałem wewnątrz ekranu, każdy piksel może być nasycony jednym z dwóch pigmentów. Im bardziej nowoczesny ekran, tym na więcej pozwala – w moim Kindle 4 skala szarości jest już 16-stopniowa. Jednocześnie należy pamiętać, że te ekrany są domyślnie czarno-białe i to nie jest żadna ułomność produktu (tak, zdarzali się i konsumenci tak rozumujący -_-), a konsekwencja obranej ścieżki. Może kiedyś jakiś mądry człowiek wynajdzie e-papier kolorowy i będzie to przeskok na skalę telewizyjną, póki co trzeba zaakceptować ten stan rzeczy. I tak wizualnie tekst w niczym nie ustępuje papierowemu oryginałowi, więc na chwilę obecną podstawowe założenie zostało osiągnięte. Ale najpierw – mamy nowatorski ekran, lecz do czego się taki nam przyda?

E-booki, czyli książki 0% celulozy
Jak powszechnie wiadomo – papier wynaleziono w Chinach. Od tamtego czasu minęło ponad 1900 lat, a materiał ten zdominował świat. Gdzie się nie obrócić: gazety, czasopisma, ulotki, kartony (leciwych żartów o tych szukajcie gdzie indziej
), etykiety, chusteczki higieniczne. Książki, książeczki i opasłe tomiszcza. Zawrotna kariera zrobiona przezeń sprawia, że dziennie drukuje się tego całkiem sporo. A, że taka pojedyncza książka może przybrać zarówno masę pół kilograma(bo bibliofilska, gruba okładka jeszcze), jak i kilkuset kilobajtów – zaczęto kombinować. I wyszło, że to nie taki zły interes rozprowadzać tę samą pozycję, ale w formie mniej namacalnej, choć przez to bardziej ekologicznej. Powstały e-booki (bądź ebooki, jak kto z myślnikami się układa).
A formatów ich nie przeliczysz. W zasadzie każdy plik tekstowy może być ebookiem – typowo komputerowe txt, doc i docx; przeznaczone dla czytników (czasem tylko wybranych) – epub, mobi, rtf. Dochodzi jeszcze bardzo popularny pdf, ale tutaj już nie mamy do czynienia z czystym tekstem, a raczej obrazami, które ów zawierają. I z tym formatem czytniki radzą sobie bezproblemowo, tylko należy pamiętać, że wszystko ukazywane jest w skali szarości, niektóre obrazy mogą więc na tym stracić.
![]()
Jak wspomniałem – ebooki są innym sposobem sprzedaży tego samego, choć nie tak nowatorskim, jak audiobooki. Ot, to samo tylko z właściwie zerowymi kosztami produkcji, magazynowania, a i na kasjerach oszczędzić można. I co najlepsze cena bardzo często tego nie odzwierciedla – bo zarobić i tak się chce, i tak. Dla przykładu kilka pozycji ze strony empik.com która śmiało sobie w sprzedaży ebooków poczyna:
Umberto Eco, “Cmentarz w Pradze”: twarda okładka 45,5zł; miękka 36zł; audiobook CD 41,5zł; audiobook MP3 27zł, ebook 19zł.
Całkiem przyzwoicie, co? Spójrzmy dalej…
Stieg Larsson, “Mężczyźni, którzy nienawidzą kobiet”: twarda 41,5zł, miękka 37zł, ebook 27zł.
Magdalena Samozwaniec, “Tylko dla dziewcząt”: twarda 32zł, ebook 27zł.
Andrzej Pilipiuk, “Aparatus”: miękka 35zł, ebook 25zł.
Za normę można więc przyjąć jakąś dychę różnicy w cenie pomiędzy wersją namacalną i cyfrową chmurką zer i jedynek. Być może różnica w cenie rzeczywiście tyle wynosi, ale bardziej prawdopodobne wydaje mi się, że jak to z nowalijkami – zarabiają ile się da. Może kiedyś całość będzie popularniejsza, a więc i przystępniejsza cenowo – kto wie. Dosyć powiedzieć, że teraz żądają sobie opłaty nawet za utwory z zakładki “klasyka”, do których… PRAWA AUTORSKIE WYGASŁY I SPRZEDAŻ ICH JEST CIUT NIE NA MIEJSCU. Czemu? a dlatego, że z serwisu wolnelektury.pl mogę sobie bezproblemowo ściągnąć Trylogię i nie wiąże się to z opłatą 4zł, jak chce empik. Ale skoro już tereny na Księżycu dawno posprzedawali i na takie coś można ze zrozumieniem pokiwać głową. Dobra, nie ma co się denerwować, maestro – następny akapit proszę.
“Czytacze”, czyli Kindle i pochodne
Cała idea e-książek byłaby guzik warta, gdyby nie korzystające z e-papieru czytniki. Rynek tychże rośnie coraz bardziej i czasem trudno się rozeznać w oferowanych przez twórców nowalijkach. Trochę zapominając o zasadzie “jak coś jest do wszystkiego, to jest do niczego”, producenci wciskają w swe dzieła: odtwarzacze mp3 (i syntezatory mowy jako namiastka audiobooków), filmów (tu od razu dyskwalifikacja, bo to tablety z ekranami LCD, a to już inna półka), gry, ekrany dotykowe. Ot, marketing, jeśli już szukać cech najważniejszych w tego typu urządzeniach, są to: dobrej jakości ekran, przystępny software i obudowa – estetyczna a w miarę przenośna. Gros sprzedawanych czytników ma rozmiary kieszonkowych wydań książek, największą powierzchnię zajmuje naturalnie ekran. Często dochodzi do tego klawiatura qwerty – ale w moim Kindle 4 zastąpiła ją wirtualna, dzięki czemu całość jest lżejsza i bardziej kompaktowa. Ale o tym w swoim czasie.

Palmę pierwszeństwa w dziedzinie czytników należy wręczyć japońskiemu oddziałowi SONY za LIBRIe. Model trafił na rynek w 2004r. i musiał być pierońsko drogi, ale tak to jest z nowymi urządzeniami. Teraz, gdy konkurencja w tej dziedzinie się nasiliła, dobry czytnik można dostać w przedziale cenowym 400-700zł. I już teraz jest to rzecz całkiem opłacalna. Tak więc jak cały artykuł ma zapoznać z e-readerami i do nich zachęcić, tak teraz powiem mniej subtelnie – kup sobie, opyla się, serio.
Amazona wkład w tę sprawę
Pomimo tego, że firm produkujących readery jest kilka, jakimś trafem Kindle od Amazona stał się niemal synonimem tego produktu. Z pewnością duża to zasługa marketingu – wszak Amazon to potentat i jeden z gigantów sprzedaży internetowej z filiami na kilku kontynentach. Ale myślę, że jakość i sukcesywny rozwój również są czynnikami wpływającymi na całość. W każdym razie – co się mówi o czytniku, jest to zazwyczaj nie iRiver, nie ONYX, ale właśnie ”kindelek”. Ot, kolejny pampers i adidas. A jak dotychczas przebiegała ewolucja tej marki?
W roku 2007 zadebiutował Kindle generacji pierwszej, niezbyt ładny (ta klawiatura…) i niezbyt pojemny (250MB, ale to i tak ok. 200 książek – pliki nie-pdf ważą do 2MB, tyle ma arcykobyła, “Potopem” zwana
), ale ta druga niedogodność została łatwo pokonana. Otóż pierwszy Kindle posiadał CZYTNIK KART PAMIĘCI. W urządzeniach tego typu wydaje się to sprawą podstawową, ale jakimś cudem w późniejszych modelach kwestia rozszerzania pamięci została zignorowana. Bez ochyby w piątej czy szóstej generacji ta funkcjonalność powróci, ale czyn to prawdziwie bezsensowny. Ale o tym – za chwilę. Nasz kontynent wersja pierwsza ominęła – ten, można rzec, prototypik trafił jedynie do Stanów Zjednoczonych.
![]()
Kindle 2 z początku 2009 roku zyskał porządny, konsekwentnie ulepszany później design, lepszy ekran i przydzieloną na stałe pamięć 2GB (do dyspozycji 1,4). Wkrótce później obok niego pojawiła się wersja większa gabarytowo. Kindle DX dostał ponad dwukrotnie większy ekran, co pozwoliło swobodnie i bez powiększenia czytać pliki pdf, goniąc gabarytami iPada.
![]()
Wersja trzecia, obecnie Kindle Keyboard (w przeciwieństwie do czwórki zwanej po prostu Kindle) wyszła pod koniec 2010r. W opozycji do poprzedniej wersji, posiadającej domyślnie moduł 3G, tu pojawia się rozróżnienie na wersję 3G i Wifi. Ta druga pozwala na połączenie z Internetem tylko przy podłączeniu do modemu, ale od tego są przecież telefony, wielkiej różnicy więc nie ma. Poza ceną.
![]()
Czwórka, wersja najnowsza (nie licząc Kindle Fire, ale to tablet) wyszła pod koniec 2011r. w dwóch wersjach. Ta druga – Kindle Touch – miast fizycznych przycisków posiadała ekran dotykowy. Ot, rzecz dla kogoś, kogo rajcuje macanie boku ekranu miast przycisku by przewinąć stronę. Największą różnicą jest pewnie ułatwione korzystanie z klawiatury, która jak wspominałem stała się tu wirtualną, obsługiwana padem kierunkowym/palcem. Na padzie dłuższych notatek nie porobisz, ale wpisanie kilku słów do szukajki nie jest problematyczne. Taki zbył zamysł twórców – całość dzięki odchudzeniu z tych kilkudziestu klawiszy stała się mniejsza, lżejsza i jeszcze bardziej kieszonkowa. Kosztem mniejszej baterii i pamięci wewnętrznej, ale 1 miesiąc czuwania to i tak dużo, a 1,3GB wystarczy ze spokojem na nawet tysiąc książek (znacznie mniej, jeśli korzystasz z pdfów, dlatego brak obsługi mini SD boli). Czyli – nie wrzucisz tego wszystkiego naraz, bo nawigacja byłaby koszmarem. Dlaczegóż?

Bo softowo Kindle możnaby trochę poprawić. Co najdziwniejsze, twórcy nie przewidzieli tworzenia podfolderów na swoje pliki. Można utworzyć tzw. kolekcję, czyli grupę wyodrębnionych samodzielnie książek i spełnia to rolę podobną, ale jest jednak mniej intuicyjne. Z innych spraw – Amazon niby wkracza powoli do Polski, mógłby więc dodać sprawy tak elementarne jak polskie znaki wprowadzane z klawiatury, czy nasz rodzimy język w menu. Nadałby się też jakiś malutki, osobny edytor notatek niezwiązany z książkami, w których można też czynić zakładki. I więcej czcionek, bo niektórzy są jednak estetami. Ot, szczególiki, jest ich wiele, pozostaje mieć nadzieję, że pojawi się aktualizacja zmieniająca to. Z drugiej strony, wiemy jak to jest z nadziejami i poglądami dyrektorów biznesowych na takie…
Jak Kasjusz swe Kindliszcze pozyskał
Nim jeszcze do szerszego omawiania zalet Kindla przejdę, opiszę pokrótce me dotychczasowe doświadczenia z nim. Zaczęło się na początku grudnia 2011, gdy wespół z siostrą stwierdziliśmy, że warto się w coś takiego zaopatrzyć. Oddelegowany do wyboru marki urządzenia zastanawiałem się kilka dni – zaczęło się na Iriverach, skończyło na Kindle’u. Szybko stwierdziłem, że klawiatura nie jest mi specjalnie potrzebna, więc trafiło na czwórkę, niedotykową oczywiście. Później wybór pojawił się jeszcze jeden – w sieci dostępne są tzw. wersje sponsorowane, czyli tańsze o ok. 100zł, lecz wyświetlające reklamy. Nic inwazyjnego, żadnych McDonaldów podczas czytania “Dumy i uprzedzenia” – tylko teksty i obrazki w menu i na wygaszaczach ekranu. Na dłuższą metę wybrałem więc wersję pełnopłatną, został jeszcze sposób dostawy.

A tutaj był niemały kłopot. Odziałów Amazona jest wiele, w tym amerykański, francuski, brytyjski. W Polsce niesprowadzanego nie da się nigdzie nabyć, toteż należy się liczyć z przewalutowaniem i VATem naliczanym po przekroczeniu granicy. Wersja z USA niby najkorzystniejsza cenowo, ale przy doliczeniu transportu całość zaczyna nagle rosnąć. Do tego ceny za etui od 30$ wzwyż – podziękować. U nich najtańsza wersja może i kosztować 79$ – dla nich mało, pewnie nieźle schodzi. Kiedyś jeszcze Amazon sam płacił VAT i wtedy mieliśmy ponoć najtańsze Kindle ze wszystkich krajów – teraz to gra świeczki warta. Wersje brytyjska i francuska odpadły z prostszych powodów. Pierwsza – bo funt cholernie drogi. Druga – bo kto zna francuski, by się przez ich strony przeklikać?

Chcąc, nie chcąc wybrałem wersję najprostszą. Wszak allegro pełne jest ofert czytników, pozostało znaleźć najbardziej opłacalną. Aukcja, którą znalazłem to było bodaj 480zł i darmowa wysyłka (gdzie indziej – jakieś 50). Całość okazała się wersją sprowadzaną z Ameryki, ale nie ma się co dziwić – jak Polak mieszka w USA, “byznesy” robić może. Towar dotarł w mniej niż 2 tygodnie, tydzień przed Gwiazdką. Stwierdziliśmy, że wyjątkowo ten prezent nie musi czekać, otworzyliśmy i korzystamy. Dokupiło się etui za 30zł (obrazek powyżej) i było git-majonez.
Dotychczasowe doświadczenia…
… czyli przeżycia ostatnich półtora miesiąca są dosyć bogate. Rozpoczęcie na próbę pierwszego tomu Sagi Wiedźmińskiej – ot, dla przypomnienia – i skończenie całości kilka dni temu. Liczne lektury w tramwaju, bo przejściówka do telefonu się popsuła i nie ma jak słuchać muzyki. Nauka zarządzania z kilkunastu wykładów na pdf i algebry ze skryptów oraz podręczników. Archiwizacja własnych tekstów dla późniejszej ich korekty. Wreszcie – zebranie bazy naprawde dużej ilości książek, które trzeba kiedyś przeczytać, ale czasu na te wszystkie do końca roku nie starczy. A od papieru uciekać przecież nie zamierzam.
Bo papier przecież dobry jest. I niby sam stwierdziłem wcześniej, że ebooki powinny tradycyjne książki zastąpić? Nie do końca. Nie wyobrażam sobie zniknięcia księgarni i bibliotek, jakby świetny czytnik nie wyprodukowali – lobby papierniczo-drukarskie zadziała. Dla tradycjonalistów taki ebook to z pewnością szatan, ale młodzi bez problemu zaakceptują taką nowalijkę. Bo tu chodzi wyłącznie o czytanie- czynność i sam tekst. Nie o nośnik.Chociaż ten drugi pojemnościowo ma bezsprzecznie swe zalety. Tudzież inne. Ale o tym już w następnych akapitach.
Kwestia gabarytów
![]()
Witam! Spójrz na swoją półkę z książkami. Teraz na powyższy obrazek. Potem znów popatrz na własną półkę. Spójrz na czytnik z obrazka. Niestety, Twa półka nie jest czytnikiem ebooków, a i z magazynowaniem ich radzi sobie średnio efektywnie. Książki nie zajmują większości moich półek, ale przeznaczone im miejsce zapychają niemal w całości. Dwadzieścia tomów encyklopedii? Miejsca zajmują dużo, ale to raczej zły przykład – encyklopedię trzeba mieć i tak. Kolekcja książek Kapuścińskiego i o nim samym? Takie książki po prostu trzeba mieć z bibliofilskiego obowiązku, ale w wersji cyfrowej zajęłyby max kilkanaście MB. Z Lemem podobnie – papieru cała masa, kilka kilo otoczonej grubą okładką celulozy – a na komputerze taki mały pliczek. Podręcznik z analizy matematycznej? Jak najbardziej, a najlepiej zabierzcie ode mnie to świństwo! Ale to z uczelnianej biblioteki, także rację istnienia ma.
Są książki na jeden raz, do których wracać się nie chce. Ot, czytadło, liczy się jednorazowa zabawa, za drugim razem już nic nie jest w stanie zaskoczyć. Rzeczy przeciętne, mało raczej godne utrwalenia na papierze, zwłaszcza w ilościach masowych. Takie książki powinny moim zdaniem trafiać może nie wyłącznie (bo ortodoks zawsze się znajdzie), ale w większości w wersji cyfrowej. Jak chce mieć na dłużej - zapisze sobie na pendrive i sprawa załatwiona. Sprzedawca zarobi i tak, klient zaoszczędzi wspomnianą dychę – korzyści więc widać. Ebooka pobierasz normalnie, na czytnik, a dalej to już hulaj dusza – a zaoszczędzone miejsce jest. A w epoce, gdy każdy metr kwadratowy mieszkanka wysoce się ceni – kompresja tym bardziej się liczy. Sam nośnik można jeszcze dopracować, ale jeśli pomyśleć, że w dłoni trzyma się w jednym momencie ponad 1000książek – a całość waży 170g – wrażenie musi być.
Kwestia komfortu
E-papier jest wygodny i estetyczny. Tak samo jak z kartką papieru – wzrok się nie męczy, ale gdy jest ciemno musisz sobie poświecić. Dolicz do tego zmianę wielkości czcionki – jeśli trzeba, cały ekran może wypełniać zarówno 6 wierszy po słowie, jak i 30 po kilka. Pokazywałem to kilku osobom – ekran robi wrażenie. Może i nie poradzi sobie z imitacją pożółkłego kolorytu i miękkiej faktury starego papieru dobrej jakości, fakt. Ale od estetyki są pachnące farbą drukarską książki z XXw., funkcjonalność czytników jest zaś niezastąpiona. Obudowa zaś – przyjemnie matowa, metaliczna, chociaż wykonana głównie z tworzyw sztucznych. Nawet jeśli jest to lekkie, dzierżeniu nie towarzyszy uczucie plastikowej łamliwości. Ale upuszczać nie zalecam.
Kwestia mobilności
Pakujesz się na trzytygodniowy, nudnawy wyjazd. Ile tekstu można przetrawić przez ten czas? Dwa tomy? Osiem? Ładujesz e-readera i później jedynym zmartwieniem jest, czy zacząć Huxleya, Kinga, czy Coehlo… Ot, oczywisty profit, co tu się długo rozgadywać – logistycznie to zwycięstwo.

Szczerze wierzę, że przeciwstawny kciuk otrzymaliśmy od Boga/ewolucji po to, aby trzymać go pomiędzy stronicami powieści. Jedna dłoń trzyma, druga raz na jakiś czas kartkuje. Czytnik wchodzi na ring i z miejsca techniczny nokaut – do czytania wymagana jest tylko jedna dłoń. Przyciski zmiany strony są umieszczone po obu stronach obudowy, więc niezależnie od chwytu prawo/leworęcznego dostęp jest łatwy. A najlepsza jest sprawa obecnie na czasie – czytanie w ruchu, a zimno. Przerzucenie strony w grubej rękawicy to koszmar, tu problemem jest tylko, że dla pewności czytnik lepiej trzymać oburęcznie, bo wyczucie mniejsze. Ale przy podróżach na treningi i z powrotem – służy jak powinien.
Kwestia tradycji
To już zostawiam indywidualnym osądom, jak dla mnie jedno z drugim nie koliduje. Już teraz gazety i pisma wchodzą do Internetu, stamtąd mogą trafiać i na tablety i w przyszłości na ekrany pasywne. To przyszłość, deal with it.
Kwestia kolekcjonerstwa
Prawda, półki pełne książek o barwnie wydrukowanych okładkach mają swą funkcję estetyczną. I tutaj ebooki nie mają niczego do zaoferowania, bo nawet w menu widzimy jedynie listę tytułów. Nie ma kunsztownej półeczki z frontami całej kolekcji, a przydałaby się takie coś, wzorem chociażby profilu na gog.com . Ot, taka odwrotność kwestii mobilności, chyba nic zaskakującego. Tak długo jak nasz świat utrzyma jakąś garstkę bibliofilów, zwycięstwo e-książek pełne nie będzie.
Kwestia efektywności nauki
Jak nie otworzyć na laptopie pdfów z ważnymi rzeczami do nauczenia się – gdzieś w tle zawsze pojawia się kilka często umieszczanych stron internetowych. Spróbuj tylko raz sprawdzić coś na wiki, a uruchomi się lawina joemonster-fejs-forum-youtube. Tu pokusa jest zminimalizowana, bo dziwnym trafem, w ułamku sekundy nie przełączę się nagle na powieść by zatopić w lekturze. Dlaczego? Odpowiedzią jest wstęp do asdf movie 4.
Inna sprawa – lepiej zabrać coś takiego na uczelnię, niż każdorazowo drukować skrypt i później zgubić te kilkanaście kartek pomiędzy zeszytami. Semestr pierwszy mam już zdany, a więc polecam – Krzysztof Ibisz-Hołowczyc.
Kwestia ceny
Oszczędzając dychę na książce i doliczając te wszystkie, za które płacić nie trzeba – zwraca się szybko. Zależy oczywiście od tego, jak intensywnie się czyta, ale nawet Ci wolniejsi znajdą tu zaletę. Jaką?
Brak kar za przetrzymanie książki w bibliotece. Widziałem raz babkę, co oddając książki kilka miesięcy po terminie, płaciła uczelni koło 2 stów -_- .
Kwestia zasobów i dostępności
Dobrze szukając, w 5 minut można ściągnąć książki na cały rok. Albo kilka lat. Zdębiałem, znalazłszy na jednej ze stron bazę 17000 książek po polsku do ściągnięcia. Owszem, 97% z tego nigdy mnie nie zainteresuje, ale wciąż zostaje circa 500 tych ciekawych pozycji. No i klops, co pobrać najpierw…
Oczywiście spacery do biblioteki są zdrowe i zaniedbanie ich może prowadzić do zaniku mięśni, pamiętaj o tym pakując na ławeczce w domu. Za nic nie pobieraj wszystkiego na raz, na zapas, na całe życie…
Kwestia ekologii
Sztandarowy tekst o tonach papieru zadrukowywanych dziennie i karczowanych lasach w Amazonii. Właśnie go przeczytałeś/przeczytałaś.
Liczne drobnostki
Szukanie fragmentów tekstu opiera się na klawiaturze, gorzej jeśli szukasz słowa “mąż” – czcionka obsługuje polskie znaki, klawiatura już nie. Owszem, są ć, ó, ś, ale to zasługa nie naszego alfabetu. Jeszcze bardziej źle, gdy szukasz czegoś w graficznym pliku pdf – miast przekartkować podręcznik do D&D, długo i z zapałem szukać musisz tej klasy zaklinacza.
Książki z obrazkami – jeśli kolorowe i jeśli dla dzieci – lepiej jednak pozyskać wersję analogową. Konwersja na szarość ok, ale coś ucieka.
Wbudowane słowniki – angielsko angielski, podobnie hiszpański, portugalski, francuski, niemiecki i włoski. Jeśli czytasz książkę w którymś z tych języku, po zaznaczeniu słowa na dole wyświetla się definicja. Czekam niecierpliwie na polsko-polski.
Przełączasz stronę i nagle dowiadujesz się, że to już nie 29, a 30% książki przeczytałeś/łaś. Wkrótce nie będziesz mógł/mogła bez tego żyć. Ot – kunsztowny pasek procentowy na dole wyświetlacza, a jaka satysfakcja…
Połączenie z Internetem niby pozwala wejść na dowolną stronę, ale i tak głównie chodzi o Kindle Store na Amazonie. W ofercie ponad milion książek, płatne kartą kredytową, pobierane od razu na dysk. Raczej dla koneserów, ceny atrakcyjne głównie dla zarabiających w dolarach.
Z mikrofalówką jeszcze się nie da, ale czytnik Amazona możesz połączyć z kontem na facebooku. Po ukończeniu książki możesz podzielić się ze światem tą radosną nowiną, oceniając przy okazji w skali 5gwiazdkowej.
Kindle obsługuje formaty txt, mobi, prc i pdf. Otwartych formatów jak epub o dziwo nie wspierają – pozostaje przeformatowanie w programach dostępnych w sieci.
Perspektywy
Lepszy soft, e-papierowy writebook (wspomniany niemęczący wzroku edytor tekstu), wsparcie dla kolorków, jeszcze lepsza bateria, większa pamięć wewnętrzna, lub przynajmniej wyjście na karty pamięci. Co jeszcze, nie wiem. Niech wizjonerzy nas zaskoczą.
Werdykt
Tutaj niespodzianka. Miast rozpisywać się niepotrzebnie – zapraszam kilku opiniotwórczych ekspertów.
- Co sądzicie, Panowie o e-readerach pokroju Kindle’a?







Jak widać moc e-readerów łączy nawet śmiertelnych wrogów. Nie pozostaje nic innego, jak cieszyć się razem z nimi i śmiało folgować nałogowi czytania.
![]()
No, chyba, że czytanie jest w zaniku, ale to już tam, mniejsza…






















Komentarze