Abstrakcyjnie Szalenie Doskonałe Filmiki

Albo w skrócie – ASDFmovie.

Zapoczątkowana w sierpniu 2008 roku seria filmowych impresyjek, zbiorów humorystycznych shortów zyskała ostatnio czwartą część i piosenkę – to chyba najlepsza okazja, by poinformować wszystkich nieświadomych, dlaczego warto lubić pociągi, jakiej supermocy nie wybierać, albo też – czy da się nauczyć lamę prowadzić. Wszelakoż, do właściwego odbioru filmów spełnić należy dwa warunki:

1) “Czucie” abstrakcji w stopniu przynajmniej podstawowym.

2) Nie doszukiwanie się w tym wszystkim sensu. Chociaż to może wynika z pierwszego.

Całość trwa mniej niż 10 minut, a wrażeń przy tym co nie miara. Tak więc, z gorącym niczym lawa we wnętrzu Etny znakiem jakości, przedstawiam:

asdfmovie:

asdfmovie 2:

asdfmovie 3:

asdfmovie 4:

Finalnie niemal – piosenka o lubieniu pociągów, rozwinięcie historii idola milionów – “I like trains Kida”:

Jeśli chodzi zaś o dzieła inspirowane twórczością TomaSki – powstała cała masa filmików nazwanych asdfcomp, z których wybrałem 2 najfajniejsze.

Punch:

Oraz Wizard:

Tradycyjnie lubiąc pociągi, pozdrawiam wszystkich! A teraz umieraj, ziemniaku…

Student pierwszego dnia.

„Na obraz i podobieństwo”

Podczas gdy karta kodowa wkręcała się w czytnik programów, punkt po punkcie interpretowana z języka dziur na dialekt maszynowy, robotyk Praeclarus kończył dopalać fajkę – kadmową, lecz zwieńczoną trybem z irydu. Element ten napędzany energią cieplną obracał się powoli, nadając dymowi kształt spirali logarytmicznej -  taki właśnie jej wariant przypadał na środy. Po wstecznej rotacji, w przypadku siły Coriolisa odpowiadającej półkuli północnej, poznał, że jest już druga połowa miesiąca, minął zatem termin opłacania rachunków za prąd i wszelkie tego pokroju błahe dobra powszechne.

Inny badacz może by się tym zaniepokoił, ludzie o renomie Praeclarusa zwykli jednak brać takie wieści za jedynie małe ciekawostki życia codziennego, niegodne większej atencji. Owszem, przez ostatnich kilka tygodni jedynym wyznacznikiem czasu był dlań obłok tytoniu, przyjmujący formy krzywych matematycznych (tylko kółka były zarezerwowane dla niedziel), momenty kulminacyjne projektów miały jednak w zwyczaju przypominać światu o istnieniu naukowca, jemu samemu zaś o blasku światła dziennego, tudzież tym nieco mniej elektromagnetycznym, a bardziej materialnym… by nie powiedzieć materialistycznym.

Dźwięk wysuwającego się papieru obwieścił koniec ładowania programu, robotyk odłożył więc wciąż dymiącą, misternie obrobioną bryłkę metalu, by stanąć przed nieco bardziej okazałym jej odpowiednikiem. Z racji swego wieku i stopnia trudności obliczeń – również wydobywającym z siebie ciemne i gęste zarazem obłoki.

Praeclarus pamiętał z dzieciństwa pewien szczególny obraz: dusznej sali, wypełnionej od sufitu po podłogę, od lewej ściany aż po prawą – ogromem półek zawierających Wiedzę. Jego rodzice nazywali to biblioteką, on zaś nie rozumiał roli tych „świątyń kurzu” – wszelką myśl ludzką magazynowały już wtedy miniaturowe nośniki mieszczące się w kieszeni i zawierające wyjścia sensoryczne. Wciąż pozostawał zwolennikiem postępu, ale nie czując jakoś tej wewnętrznej ironii w swojej pracowni trzymał okazy budzące najprawdopodobniej zazdrość wszystkich miłośników historycznej myśli komputerowej. Oni z pewnością nie zamierzaliby jednak wykorzystywać tych eksponatów do celów innych niż dekoracyjne.

Jeśli zaś chodzi o postępy w miniaturyzacji w ostatnich czasach… analogia do bibliotek jest pełna. Każdy poważany naukowiec powinien mieć swoje drobne dziwactwo, a odkąd jego przyjaciel Brendan zaczął wprowadzać programy negatywowo – miast podziurawioną kartkę, pęsetą punktowo umieszczał w czytniku konfetti – mózg Praeclarusa nieświadomie zaakceptował wyzwanie i wybrał coś jeszcze bardziej karkołomnego – tu bowiem nie implementacja, a programowanie sprawiało największe trudności.

-  Cóżeż więc tutaj mamy? – rzekł naukowiec, sprawdzając postęp transferu – Nie popełnił żeś abyż to błędu jakiegoś?

Odkąd dronowi wspomagającemu od nadmiaru wszechobecnego kurzu przepaliła się chłodnica, Praeclarus znakomicie opanował szlachetną sztukę monologu, wplatając weń dodatkowo własne impresje językowe. Aby zyskać szacunek w tym zawodzie nie wystarczy sprawnie wdrażać nowe technologie, tu o styl życia się rozchodzi, możliwie najbardziej zdziwaczały i niezrozumiały dla ludzi z zewnątrz.  Dlatego, a właściwie – dlategoż właśnie korzystał z własnego, osobistego dialektu, z przyzwyczajenia także w godzinach pracy, na wypadek, gdyby jakiś cybernetyczny lustrator akurat postanowił odwiedzić go ze swym hakerskim inwentarzem.

-  Jeszcze dwie dźwignie pozostałyż, ta tutaj oraz… – rozejrzał się bacznie po pomieszczeniu, szukając bacznie „tamtej”, odwrócił się i w końcu przesunął tę drugą. Potylicą.

-  Niechże to licho… – wykrzyknął, zaraz jednak złapał się za usta, zobaczywszy, że siedzący na krześle robot załadował już całość danych i otworzył oczy, zaś kabel zasilający odłączył się samoistnie, pozostawiając programowi swobodę działania. Przez dobre pół minuty z półotwartymi ustami wpatrywał się w sylwetkę konstrukta, w końcu, nie utrzymując w ryzach cierpliwości, powiedział:

-  Wybacz mi, jeśliż wyrywam Cię z zamyślenia, rozruchy zawsze są najtrudniejsze… – urwał, widząc pracę rtęciowych źrenic, skierowanych ciągle przed siebie, nie zaś na interlokutora – Jestem…

Zanim zdążył pokrótce przedstawić kilka szczegółów swego istnienia, rozległ się nagle drugi głos, nie pozostawiając mu złudzeń co do konieczności czynienia tego:

-  Doskonale wiem, kim jesteś, Thomasie Spencer, synu Laury i Erazma, słynny robotyku i programisto przez towarzyszy zwany Praeclarusem. Obywatelu świata, szanowany na uniwersytetach Ziemi oraz jej kolonii, imienniku planetoidy 82158, twórco maszyn rozumnych i roboczych, wynalazco czwartego sytemu ekonomicznego. Oraz początkujący poeto – hobbysto. Znam cię.

Klasycznie można to nazwać odebraniem inicjatywy.

Praeclarus szybko zastanowił się, czy nie zapomniał może wyczyścić pamięci podręcznej któregoś z wcześniejszych jego projektów – bota biografisty, zaraz jednak zreflektował się, że wtedy dla ułatwienia używał modelu latającego. Trzy miesiące temu bot odfrunął na antypody skonsultować pewien istotny szczegół z jego młodości – recykling podzespołów też był zatem niemożliwy.

I ten głos… Nie pasował do żadnego z syntezatorów na które miał licencje, możliwe, że podczas którejś z nieprzespanych nocy w fazie projektu, jako efekt chwilowego zauroczenia swym pomysłem wprowadził przesterowanie – efekt zaskoczył jego samego. I nie chodziło tu o niepodobieństwo do ludzkiego głosu – żaden z syntezatorów nie potrafił tego w pełni. Ale by głos nie przypominał nawet… robociego?

Nie zauważył, w którym momencie tamten wstał. Gdyby jego oczy nie były tylko płynnym metalem robotyk pomyślałby, że spojrzeniem przewiercają go na wylot. Owszem, dzięki soczewkom własnej konstrukcji Praeclarusowi udało się, poprzez wielokrotne zastosowanie całkowitego wewnętrznego odbicia nadać spojrzeniu pewną tajemniczość. Nie sądził jednak, że efekt działać będzie i na niego, zwłaszcza przygotowanego na wszelkie dziwy, z którymi się styka, testując zawsze swe twory.

Robot milczał, Spencer doszedł więc do wniosku, że czeka na jego odpowiedź, przynajmniej kilka słów, po których znowu będzie mógł mu przerwać. Zastanowił się, powiedział z pamięci:

-  „Stworzył więc Bóg człowieka na swój obraz. Na obraz Boży go stworzył”. Przeczytałem takież słowa w pewnej starej Księdze, w czasach, kiedyż to słowo pisane posiadało jeszcze jakąś wartość. Uderzyła mnie w tymże analogia do zawodu, który za tamtych czasów dopieroż zaczynałem wykonywać – robotyka. Przecież i my jesteśmyż wykonawcami aktu kreacji, dobroczyńcami ludzkości wykraczającymi poza wszelkie ewolucyjnie nadane nam limity wyobraźni. Ty zaś jesteś…

-  Jestem, który Jestem.

Praeclarusowi rzadko zdarzało się wyjaśniać swe motywy skonstruowanym przez siebie bytom. Co innego jednak stojąc przed swoim Opus Magnum, programem mającym zapewnić mu sławę nie tylko w świecie akademickim i nie tylko w kręgach kulturocentrycznych, w które wkupił się automatem-literatem, niczym pająk nici, strumień opowieści doneuronowo tkającym – tym razem ambicje robotyka były większe. Wkrótce media świata całego usłyszeć miały o najbardziej tajemniczym z projektów Praeclarusa, zwanym roboczo „Deus ex Machina”. Lubił gry słów.

Uklęknął, gorączkowo myśląc.

- Panie, wiele żem się dowiedział o Twych naukach, chociaż nie było to proste, świat bowiem wydaje się od dawien już o nich nie pamiętać. Nie rozumiem, mimo iż, nie ukrywam – prostyż ze mnie człowiek, dlaczego nie postanowiłeś dotąd jeszcze raz przypomnieć nam o Swym istnieniu, dlaczegóż pozwalasz ludziom gubić się na drodze, którąś przecież wytyczył ku Wzniosłości? Czyliż nie byłoby zasługą, wprowadzić wielu z ludzi na właściwąż ścieżkę, przypominając im jednocześnie o Tobie?

Robot wciąż wpatrywał się w Praeclarusa. Obliczenie odpowiedzi, lub po prostu zwykłe nadanie pauzy trwało kilkanaście sekund, z każdą chwilą coraz bardziej umniejszając wagę słów wypowiedzianych właśnie przez człowieka.

-   Ty, który jest zwany znakomitym – rozległo się w końcu – a mimo to uważa, że trójrdzeniowy procesor jest w stanie symulować Byt Trójjedyny, powiem tobie – nie oni zbłądzili, nie oni, lecz ty – Thomasie, szczytne idee dla swoich celów wykorzystać pragnący. Czyż nie największym atutem wiary jest jej dobrowolność? Czy szukający Słowa nie odnajdą go bez Twego działania, albowiem tak im jest przeznaczone? A wiara, Me dziecko, nie tylko powinna być dobrowolna, ale musi też być sprawą poważną. Powiedz mi, czy poważnym jest łączenie Kościoła, ciała ponad dwa tysiące lat na tym świecie goszczącego z wytworem chwili zwanym nowoczesnością? Myślisz – czasami to religia powinna się dostosować do świata. Tak samo sądzisz o najnowszym, choć mało znanym trendzie – cybersakramentach, przez e-księży przyznawanych? Żadna zdalna stymulacja nerwowo-duchowa, żaden impuls elektryczny źródło swe mający w węglu lub uranie – choćbym je nawet do tego celu właśnie stworzył – nie może zbliżyć do Tajemnicy. Ale o tym, niestety, żaden z żyjących już nie zaświadczy.

-  Panie – rzekł Praeclarus, chyba coraz mniej rozumiejący wydarzenia tego dnia, uciekając gdzieś w stronę dalekiej abstrakcji – chociaż projekt mój, pragnący Doskonałość w tak prosteż oblicze przelać, grzechem wielkim się wydawać może – zważ na to, iż w dobrym celu miał on być wykorzystany, by nie powiedzieć Ad… maiorem Dei gloriam.

Sylwetka stojąca przed nim mimo swoich ludzkich, a właściwie androidzich rozmiarów, zdawała się górować nad Spencerem niby Czomolungma nad Rowem Mariańskim.

-  O jakiej chwale mówisz? – tryby mimiczne poruszyły się wewnątrz, chyba tylko po to, by silniej oddziałać na emocje naukowca -  Cóż bowiem dowolny z ludzi pomyśleć może, widząc Nieskończoność w tym drobnym kształcie zamkniętą? Pomyślą o wtedy: Kimże jest Bóg, jeśli przez nadzwyczajnego – ale człowieka – poskromiony został? Czy z takiego obrazu zdolna narodzić się wiara? Dlatego powiem ci, Thomasie – wielkim jesteś robotykiem, lecz zarazem żałosnym, gdyż niby ten – szalony, lecz natchniony – wojownik z dawnych czasów na wiatraki się porywający, stajesz przeciw wyzwaniu niemożliwemu. Zrekonstruowałeś Mnie programowo, lecz wydajesz się dobrze wiedzieć, że zarazem Jestem Nim, jak i Nim nie jestem. I żadnym dowodem na istnienie Jego być nie mogę, bom z ludzkich przesłanek zrodzony, w ciele człowiekowi podobnym umieszczony, On zaś to was na Swe podobieństwo i obraz uczynił.

-  Ależ…

-  Powiedz mi, jeśli założymy, że tego nie wiem – w myślach czytania Mi bowiem nie zaimplementowałeś, lecz parametry, których chyba sam nie zrozumiałeś – czytałeś kiedyś Biblię, czy tylko patrzyłeś na jej karty? Przesłałeś sobie do mózgu strumień informacji, czy dodatkowo podłączyłeś obieg krwionośny, by móc poczuć, czymże jest prawdziwa wiara? Rzeknę Ci – skoroś uczynił już swe największe dzieło, gotów jesteś chyba, by się z niego rozliczyć. A skoro, dziwnym trafem, miast objawić się Panu, Ten przyszedł do ciebie, myślę, żeś skory do Sądu. Jak myślisz, zostaniesz nagrodzony, czy trafi ci się pomsta?

Pięść androida wzniosła się niebezpiecznie, w tym jednak momencie wydarzyło się coś dziwnego – światło przebłyskujące w krążących wewnątrz obwodach a znajdujące swe ujście na świat w oczach Machiny – zgasło, sygnalizując odcięcie zasilania i koniec programu.

Pierwsza osunęła się ręka, chwilę potem głowa opadła podbródkiem ku klatce, zaraz zadziałała jednak blokada hydrauliczna, uniemożliwiająca upadek bezwładnego, splecionego z metalu i węglowych włókien ciała. Ciała zastępczego, finalnie bowiem platformą, ośrodkiem Utajenia, którą to funkcję w dawnych czasach pełniła hostia, miała być forma lepiej wyrażająca Majestat. Zdobycie odrobiny węgla i kwarcu nie stanowiły większego problemu, dalsza, samodzielna ich obróbka – tym bardziej.

Praeclarus otarł pot z czoła, zastanowił się chwilę, po czym opuścił pomieszczenie. Skierował się do dziennika, gdzie podłączywszy swoje myśli do obiegu cyfrowego, zdał relację z pierwszego dnia fazy testowej „Deus ex Machiny”.

Nie miał szansy zauważyć, że znajdujący się w rogu, od dawna popsuty dron wspomagający poruszył się nagle, emitując z wnętrza bardzo słabe światło. Podczas gdy ten zbliżył się do karty kodowej, dokonując weń poprawek, robotyk wciąż notował swoje zastrzeżenia co do kolejnej fazy tego wiekopomnego projektu.

Marcus+, czyli co się w Gdańsku działo

Lubię Jazz, choć mało się na tym gatunku znam.

Nazwiska takie jak Louis Armstrong, Miles Davis, Herbie Hancock czy też Glenn Miller bardziej są mi znane ze słuchu, niż z brzmienia na trwale powiązanych z nimi nut czy partii wokalnych. Fortepian czy saksofon uważam za wspaniałe instrumenty (choć w zasadzie, które nie są, nawet suzafon mimo nazwy z pewnością ma w sobie coś pięknego), wciąż jednak nie mają u mnie tego szacunku, jakim darzę cudowny wynalazek ludzkości, jakim jest gitara. Także (a może i – zwłaszcza)  elektryczna.

Jest to więc nisza, którą szanuję, ale poznanie jej zostawiam sobie na przyszłość (obrazek),

gdy umysł bardziej będzie skory do wędrówek po klasycznych stylach muzycznych. Dlaczegóż jednak nie rozpocząć, przynajmniej symbolicznie tego wojażu już teraz? Dlatego też, przeczytawszy w gazecie o pojawieniu się Marcusa Millera w Gdańsku, uwzględniwszy – jakże miłą – obecność wstępu wolnego oraz możliwość noclegu w okolicy u rodziny – spontanicznie postanowiłem się tam pojawić. Niby z Poznania sześć godzin pociągiem, ale nie takie podróże się odbywało. Spakowałem się, pojechałem.

Jak to w wakacje bywa, miasta zyskują dodatkowe życie – nie inaczej/a zwłaszcza tak – jest z Gdańskiem. Akurat trwał tam Jarmark św. Dominika, tradycyjnie wypełnione uroczymi kamieniczkami ulice centrum gościły więc  multum straganów, zarówno tych z powszechną w każdym Kołobrzegu chińszczyzną, jak i tych ciekawszych – z bardziej artystycznym rękodziełem, jak choćby kapeluszami damskimi à la lata 20 zeszłego wieku. Gdzieś udało mi się też przyuważyć stragan prowadzony przez imć Cejrowskiego – książki z ceną rynkową 43zł sprzedawał za złotych 50, dokładając oczywiście skrótowe (“Adamowi z pozdrowieniami”, widziałem, przerobił na “Adam, pozdro”) autografy, wraz z okazjonalnymi uściskami dłoni oraz grupowymi zdjęciami. Sam, jakoś się złożyło, tydzień wcześniej przeczytałem Rio Anacondę (o czym przez jakiś czas można się było przekonać w panelu obok) i uczucia miałem raczej mieszane, ale już nie dzieliłem się z nim moimi spostrzeżeniami – niech facet zarabia, po to przyjechał. W każdym razie – pomyślna aura oraz atmosfera jarmarku pozytywnie nastrajały przed koncertem, a i ten nie mógłby czynić inaczej. Zanim jednak przejdę do koncertu, wspomnę pokrótce o jego poprzedniku, z którego się relacjonowany wywodzi.

W wakacje przed rokiem, podobnie w Gdańsku i również jako część festiwalu Solidarity of Arts,  miało miejsce wydarzenie, które można uznać za początek całej serii widowisk jazzowych – Możdżer+. Plusik przy nazwie odnosi się do tego, że głównym patronem całego wydarzenia jest Canal+, transmitujący koncert również u siebie, na żywo.  Nazwisko, jak łatwo poznać, należy do wkrótce wkraczającego także do naszych chłodziarko-zamrażarek popularnego artysty Leszka Możdżera, oprócz Męskiego Grania dającego także multum innych koncertów i chyba najpopularniejszego na świecie (zaraz po Szopenie) polskiego pianisty. Rok temu był on swoistym gospodarzem wieczoru, a wśród gości znajdowali się między innymi John Scofield, Gaba Kulka, czy właśnie – Marcus Miller.

Jednym z utworów wspólnie wykonanych była bardzo przyjemna, jazzowo-basowa wersja Come Together Beatlesów:

 

Inna z perełek – jazzowa, “bezwokalowa” wersja klasycznego utwory Nirvany:

Millerowi idea koncertu – zarówno powiązanie z Solidarnością, jak i zaproszenie wielu cenionych artystów, i pozwolenie im na wspólną grę – spodobały się na tyle, że zapowiedział, iż w przyszłym, czyli obecnym –  2011 roku, chciałby zobaczyć swoje nazwisko przy symbolu dodawania. Marcus, artysta znany i lubiany, zgodzono się więc, pozwalając mu sprosić ludzi, których nazwiska widać było na umieszczonym wcześniej plakacie. I słowo stało się ciałem w pewną sierpniową sobotę.

Marcus – postać niemalże legenda, jeden z najlepszych (obok chociażby Flea w RHCP) basistów świata, grał z legendami jazzu, ale również w mnóstwem mniej znaczących artystów – jego basówkę można usłyszeć na ponad 400 albumach. Jest również popularyzatorem specyficznego stylu grania na czterostrunówce, zwanego slappingiem, bądź klangiem – polega na uderzaniu w struny kciukiem. Oprócz dwóch gitar, które wymieniał w czasie koncertu,  Miller miał okazję zagrać również na klarnecie. Nietypowym, bo basowym, ale właśnie na tym instrumencie zaczynał swą karierę muzyczną. Klarnet basowy wyglądem (a ściślej – zakończeniem) przypomina saksofon, nie jest jednak kanonicznie dla tego złocisty, ale jak to ten aerofon stroikowy z pojedynczym stroikiem (!?) czarny. Zresztą, dam obrazek:

Przechodząc do koncertu – trafiwszy, pośród jarmarcznych tłumów nad Ołowiankę, zobaczyłem aż 3 sceny, wspomagane sporą ilością telebimów (niektóre miały, co ciekawe – wypalone piksele) oraz spory tłum ludzi, ale miejsca było dosyć. Wiedząc, iż to koncert jazzowy ustawiłem się jak najbardziej z przodu – szansa bycia rozdeptanym przez pogowiczów była ujemna – patrząc na strukturę wiekową bywalców, to nie te kręgi zainteresowań. Już udało mi się zająć miejsce tuż przy barierce centralnej sceny, musiałem się jednak na chwilę cofnąć, inni to wykorzystali. Później okazało się jednak, że każda ze scen była właściwie eksploatowana po równo, Marcus gościł na każdej 2-3 krotnie, z różnymi gośćmi. Było to takie ułatwienie dla muzyków i utrudnienie dla widzów jednocześnie. Z jednej strony orkiestra mogła zająć większość centralnej sceny i nie przeszkadzać innym muzykom, którzy zaczynali niemal po zakończeniu poprzedniej części, z drugiej – przez trzecią część koncertu stało się blisko wydarzeń, resztę zaś, spędzało patrząc na scenę w oddali, bądź telebim. Niektórzy, o zgrozo patrzyli na telebimy plecami do grających – to już był lekki brak muzycznego szacunku, coś jak ludzie, którzy siedzieli na fotelach przez wszystkie części Orange Warsaw Festival. To, czego mi brakowało przy okazji to wykorzystanie multiscenowości – koncert z różnych stron nadchodzący, takie stereo, byłby ciekawym wrażeniem. Coś takiego miało miejsce tylko przez chwilę i to przy przejściu – ten potencjał został więc niewykorzystany, a szkoda.

Koncert zapowiadany na 20:30 zaczął się zgodnie z programem telewizyjnym o 21, do pojawienia się Marcusa trzeba było jednak czekać jakieś 15 minut – wstęp należał do orkiestry. Dla mnie nie było to zbyt porywające, ale gdy na scenie pojawił się Amerykanin wraz z blisko 10-minutową wersją Blasta, zaczęło się show. W zasadzie jeśli byłoby do czego pogować, to właśnie do tego, publika brała ten utwór jednak na spokojnie, co najwyżej się kołysząc.

A jakościowo oczywiście cudownie. Jak to profesjonalista, Miller czuje muzykę wybitnie dobrze, przykładem tego mogą być solówki, w trakcie których, skupiony, zamykał oczy, czując melodię wewnątrz siebie – wraz z tym wczuciem słabo być nie mogło. Po jeszcze kilku utworach akcja przeniosła się na prawą scenę do indyjskiego perkusisty – Triloka Gurtu. Postać bardzo radosna, nawiązywał kontakt z publicznością, wystukując między innymi melodię naszego “Szła dzieweczka…” i wspominając, że on ją zna z Bollywoodu. Uznawany za najlepszego żyjącego perkusistę, pokazał się też z takiej strony. Obok perkusji zaprezentował również kilka – nazwijmy to – efektów dźwiękowych, między innymi grzechotki o dziwnej budowie, czy jakiś przedmiot wkładany i wyjmowany z wiadra z wodą, pokazując, w jaki sposób odbiera te dźwięki mikrofon. Zaraz po tym zagrał z Marcusem – zasadą zawsze było to, że artysta najpierw zaczynał solo (a właściwie – ze swoją grupą), by drugą część odegrać już z gwiazdorem wieczoru.

Wkrótce pojawiła się kolejna persona – bo jakże miałoby jej nie być? Mowa oczywiście o Możdżerze, który oprócz tego, że grał na brudnym fortepianie Steinway & Sons (nie wiem, kto wymyślił farbę “piano black”, ale jego szwagier musiał produkować środki czyszczące), odegrał znaną z “Dziecka Rosemary” Kołysankę (na filmie widać również stopień zabrudzenia fortepianu ^^):

W dalszej kolejności zagrali – grupa Tomasza Stańko, a zaraz po nich – bardzo,  ale to bardzo ciekawy kolumbijski harfista - Edmar Castañeda. Jednoczesna gra jego i Marcusa była takim pojedynkiem strun czterech z czterdziestoma sześcioma (lub siedmioma, zależy od harfy). Przy takim instrumencie to trzeba się naprawdę napracować, zamiast więc silić się na opisanie tego, ponownie zachęcę do zobaczenia fragmentu transmisji. Okazuje się bowiem, że jeśli chodzi o różnorodność wygrywanych dźwięków, wielu muzyków może pozazdrościć harfistom…

Występ polskiej orkiestry Sinfonia Varsovia był bardzo sympatyczny, szczególnie uwzględniwszy jednoczesny udział MM Bandu – trębaczy i saksofonistów, którzy nadawali całości autentyczną, klasyczną jazzowość. Chciałem już ich nie linkować, ale liczę na ciekawość czytających, załączę więc także i to, z każdego polecam przesłuchać chociaż z 2 minuty, jeśli ktoś lubi gatunek – całość, choćby w tle ;)

Nastała północ, ale koncert wciąż trał, powoli mając się na ukończenie. Swój kwadrans miał jakiś amerykański śpiewak (tenor?), którego nazwiska nie pomnę, po nim zaś, jako ostatnia z zapowiedzianych wystąpiła pochodząca z Beninu wokalistka Angelique Kidjo. Muzyka w jej wykonaniu była sporo żywsza, niż tradycyjny jazz, nawiązywała do afrykańskiej tradycji, będąc przy tym miłym zwieńczeniem spokojnej, stonowanej całości. Kidjo z werwą zachęcała całą publiczność do uczestnictwa, ucząc jakiegoś krótkiego refrenu o typowo afrykańskim brzmieniu – do tego z tradycyjną falą rąk. W pewnym momencie tej energicznej przyśpiewki Angelique zniknęła ze sceny, wciąż śpiewając, by za chwilę ukazać się gdzieś pośród publiczności, przybijając z towarzystwem piątki. Miły gest, tylko pewnie miłośnicy kameralnego jazzu mogli narzekać na odstąpienie od schematu, ale jak dla mnie – to jeden z plusów tego koncertu, miłych akcencików, które pamięta się jeszcze długo po opuszczeniu miasta.

Finałem było wystąpienie wszystkich muzyków na centralnej scenie, oczywiście z wielką pompą i pełną jazzowością. Jak przystało na wyreżyserowaną audycję telewizyjną, bisów nie stało, w perspektywie ponad 3 godzin nie była to jednak wielka strata. Całość uważam za bardzo udaną i mimo, że pojawiłem się tam głównie przygnany przez nazwisko znanego gitarzysty, nie żałuję. Nawet kilkugodzinny powrót do Poznania nie był utrapieniem – w PKP gdy ma się miejsce siedzące, do szczęścia pozostają tylko książka i odtwarzacz z muzyką, oba miałem przy sobie ;) Pozostaje czekać na przyszłoroczną edycję koncertu i ciekaw jestem, kto tym razem na gdańskiej scenie, z plusikiem przy nazwisku, zagości.

I jeszcze jedno – patrząc na komentarze dzień później znalazłem tekst z narzekiem kogoś, kto pisał, że przez ten cały beznadziejny koncert nie mógł zasnąć. Napisałbym coś zwieńczone słowami “on this planet anymore”, ale są ludzie i ludziska, nic się z tym nie zrobi…

[PeeSik - Polcon i parę innych spraw tekst opóźniły, sądzę jednak, że dla tych, którzy koncertu nie widzieli muzyka będzie i tak nowością]

Już jutro w Gdańsku…

… w ramach festiwalu Solidarity of Arts 2011:

 Koncert basisty Marcusa Millera.

Relacja, gdy wrócę, tymczasem jeden przykładowy utwór:

Na wakacje jak znalazł…

Sierpień to piękny miesiąc.

Na dworze ciepełko (choć na dziś zapowiadają w Poznaniu burzę z piorunami…), w ogrodach wśród słońca dojrzewają gruszki, opady nie są tak intensywne jak w lipcu (choć miesiąc to jeszcze piękniejszy, choćby dlatego, że pozytywniej kojarzy się z wakacjami) , na półkach dobre książki, zaś w zegarku – czas na nie. I wszystko to świadczy o potędze wakacji, ale i tak każdy wie, że inny czynnik dobitniej to pokazuje. Spotkania i wyjazdy.

Integracja jest zawsze pozytywna, nie ma nic fajniejszego, niż wspólne sesje karciane, planszówkowe, albo… RPG’owe. Zdarzają się jednak momenty, gdy na obozie/spotkaniu nie ma za bardzo co robić, ktoś tam dysponuje talią kart, ale nikt nie zna odpowiedniej gry lub jest za dużo osób na znane odpowiednie gry. W takim momencie pozostaje albo niektórym smutno patrzeć, jak pozostali rżną w karciochy, wyobrażając sobie znacznie lepsze ruchy od tych, które się ogląda zza pleców albo też – zmiana gry. Całkiem bowiem możliwe, że istnieje taka jedna, która pomieści dowolną ilość graczy, dając przy tym równą radochę każdemu, a razem wręcz synergiczną.

Inna sytuacja – na obozie weteranów gry w mafię (jeśli są nieszczęśliwi, którzy jej nie znają – polecam lekturę) nagle, w czasie obrad, pomiędzy ubiciem pierwszego a drugiego złoczyńcy, wpada ludziom do głów, by zagrać dla odmiany w coś innego, “tylko proszę, niech nie będzie znowu Ktulu, może by tak coś nowego…?”. Zaraz, w powszechnym radosnym gwarze, głosowanie zmienia swą naturę – już mający niesłusznie umrzeć, niewinny Mietek, tak jak cała reszta sali, jest za wypróbowaniem czegoś mniej ogranego, możliwe, że bardziej dynamicznego, lekko odciążającego mózg, choć równie taktycznego, budzącego więcej śmiechu…

Obrazek ostatni – również jakiś obozik, dużo dorosłych, dużo szklanych butelek z przezroczystą, choć bardzo kaloryczną cieczą. Akurat minął już 4 lipca, więc nie wypada jakoś wznosić toastów za Hetmana Żółkiewskiego , choć jakaś okazja by się przydała, a wszyscy jak jeden mąż urodzeni jesienią i mają na imię Maciej lub Konstancja – okazja urodzinowo-imieninowa więc odpada. Zawsze można wychylić, wszak wypadają dzisiaj urodziny Ani (ani moje, ani Twoje…), ale to wciąż nie to. Więc może jakaś gra, przy której możnaby wysączyć?

Rozwiązaniem wszystkich tych sytuacji może być gra, którą poznałem na ostatnim wyjeździe - Zabójca vel Asasyn. Liczba graczy – od piątki, myślę, wzwyż, kategoria wiekowa – całkowicie dowolna (a kaloryczną cieczą może być przecież i oranżada!) , wymagania – posiadanie pary oczu i ogólne bycie w stanie żywotnym. Zasady?

Liczymy graczy biorących udział w grze i z tylu kart formujemy talię. Każdy gracz losowo otrzymuje 1 kartę – będzie to jego rola na czas jednej rozgrywki. Ileż trwa owa? Różnie – zależy to zarówno od liczby graczy, jak i skuteczności tych dobrych oraz złych. Może się zdarzyć, że partia zajmie mniej, niż minutę, przy czajeniu się i ogólnej nieufności – niecałe lub ponad 10. Tak naprawdę ważna tu jest dynamika, zatem te partie szybkie są znacznie bardziej interesujące, tu nie mafia, czyny nadchodzą od razu, zwłaszcza, że podczas partii… nic się nie mówi. Zdarzają się oczywiście komentarze “kurdę, zabili mnie”, ale ogólnie w przeciwieństwie do mafii – winę tutaj poznaje się niewerbalnie… dosłownie!

Ale najpierw – tworzenie talii i ogólnie o rolach.

Większość talii stanowią zwykłe karty z zakresu 2-10 kier/karo/pik/trefl (dowolne, grunt by dopełniały z liczbą kart specjalnych do liczby graczy). Otrzymując je jest się zwykłym miastowym, rola pozornie najmniej znacząca, ale… rzeczywiście jest najmniej znacząca, bo w grze można tylko umrzeć, ale dzięki tej śmierci inni mogą wygrać!

Oprócz typowych mieszczuchów są też 3 role specjalne, 2 podstawowe, ostatnia dochodzi przy większej liczbie graczy (razem z drugim policmajstrem). Są to:

- Policjant (karta króla) – jego zadaniem jest wytropić członków pozostałych “grup specjalnych”, tych niegodziwych. Czyni to poprzez baczną obserwację innych graczy. Jeśli dostrzeże coś, co demaskuje adwersaża (o tym zaraz), odkrywa swą kartę i wypowiada się o określonej osobie, zgadując jej rolę. Jeśli jest właściwa – osoba przytakuje – oboje wypadają z gry i gra toczy się dalej, chyba, że nie ma więcej tych złych – wtedy miasto wygrywa. Gdy policjant się myli – wypada z gry, a ta toczy się dalej. Jeśli brak większej ilości dzielnicowych – gra się kończy, wygrywa ten drugi, czyli…

- Morderca/zabójca/asassyn (karta asa). Jego zadaniem jest wybicie wszystkich innych osób, a przynajmniej policjantów. Gdy uda mu się z nim – droga wolna do całej reszty, więc gra się kończy z jego zwycięstwem. Przegrywa oczywiście, jeśli zostanie dostrzeżony przez policjanta, przyłapany na zabijaniu innych osób. Tu trzeba przejść do najważniejszego aspektu, zarazem najbardziej satysfakcjonującego… zabijania.

Nie próbujcie tego w życiu codziennym. Nie wyjdzie.

Zabójca dąży do uzyskania kontaktu wzrokowego z drugą osobą, po czym doń mruga.

Na przykład tak ;-)

Albo tak ;-(

Dozwolone są też wszystkie inne konfiguracje…

Choćby ;-/ i ;-\

;-o

;-|

;-D

;-x

;-p

Niekoniecznie za to ;-*, ale o tym za chwilę. 

Jeśli patrząc w stronę jednej z osób zaobserwujemy mrugnięcie do siebie – klamka zapadła, mordercza, zatruta strzałka spoczywa w naszej piersi, sącząc powoli jad. Zostawiamy sobie chwilę na zmylenie tropów (tzn. umierając nie wpatrujemy się w mordercę, żadne zawistne spojrzenia, to zabawa, a tamten/tamta na pewno bardzo nas lubi)  po czym odkrywamy kartę, wypadając z gry. Na ciosy mordercy podatni są wszyscy – miastowi, szeryf, także i… kurtyzana.

- Kurtyzana/puta (to z hiszpańskiego/portugalskiego, a jak wiadomo przekleństwa w obcym języku wulgarne dla nas nie są… zbytnio)/innych imion nie pamiętam – karta damy. Ona również zabija, ale rozdaje mordercze, AIDSonośne całusy (czyli właśnie :-*, bez mrugania i najlepiej cmokania, bo to zbyt ewidentne). Puta pojawia się w grze, gdy jest więcej graczy. Do 8-9 można grać, myślę tylko na jednym policjancie i asasynie, gdy jest więcej osób – 2 policjantów, zbój i sprzedajka. Panna wygrywa, gdy zostaje sam na sam z policjantem, wypada z gry, gdy któregoś cmoknie (razem z nim). Morderca jest odporny na jej zaloty, otrzymując “buzi” nie reaguje, za to może spokojne zrewanżować się jak najbardziej letalnym mrugnięciem. Pytanie jednak, czy mu się to opłaca? Puta zabija tak jak on, wypełnia więc jego cel , narażając się podobnie jak on, a może i przypadkowo zgładzić policjanta. Do wniosków proponuję przejść samodzielnie, we własnym zakresie i w zależności od obranej taktyki w czasie rozgrywki.

Zasady są proste i pomimo moich długich, ubranych w eufemizmy wyjaśnień, nie ma, sądzę wielu nieścisłości. Sam zagrałem tylko z 3 dłuższe sesje, a myślę, że rozumiem tę grę, więc pewnie i Wy już sporo wiecie. Nic nie zastąpi oczywiście doświadczenia z gier, ale to się da łatwo nadrobić. Rozważmy więc jeszcze raz wszystkie role:

- Miastowy – patrzysz wokół i myślisz o przeżyciu, choć wzroku innych nie wolno Ci unikać. Możesz odwracać wzrok od twarzy, uciekając przed teoretycznym mordem, ale tylko ku innej twarzy, nie ziemi bądź sufitowi. Jeśli dostrzeżesz jak zabija kto inny – nic nie możesz czynić, albo unikasz tego spojrzenia, albo przeciwnie – podkładasz się, bo może gliniarz zobaczy…

- Policjant – również patrzysz po ludziach, ale stres jest większy – rola to odpowiedzialność. Starasz się nie zginąć, a jednocześnie przyłapać tego wstrętnego mordercę (lub putę, demaskować można i tego i tę) na uczynku. Jeśli jednak złapiesz oczko, lub się pomylisz – mówi się trudno. Jeśli zostanie drugi policjant (wariant as+dama), nie wszystko stracone. Bywają partie, że policjant ginie pierwszy, są też takie, że zauważy pierwszy mord i gra się kończy. Life is life and show must go on – karty są zbierane na stosik, tasowane, rozdawane znowu i jadziem od początku!

- Asasyn – tu już w grę idą konkretne emocje. Rozglądasz się wokół, szukając kontaktów przelotnych niby wakacyjno-dyskotekowe romanse, działasz szybko, bezszelestnie, bez świadków. A nawet jeśli miastowy zauważy – co najwyżej będzie Cię potem unikał, mała strata – tu chodzi o policjanta. A tu już – kwestia szczęścia, bo policjant nie ma mimiki mogącej go ujawnić, co najwyżej na twarzy może się pojawić jakieś uczucie ważności (lub wręcz postawa jak ta opisana w “Cesarzu”, kto wie…), może patrzeć płocho niby najcnotliwsza z dzierlatek. Jeśli dorwie, trudno, jeszcze się zemścimy. Jeśli nawiązany przed chwilą pojedynczy kontakt okazuje się tym zwycięskim – można poczuć się dobrym (w byciu złym) i zamanifestować to złowieszczym śmiechem. Sam nie próbowałem, choć jako zabójca, wygrywałem, a owszem ;D. Taktyka bonusowa – chcesz kogoś capnąć, a ten jeszcze jakoś nie spojrzał, więc bajerujesz -”ej, ty, grasz jeszcze? … ;) “. Z doświadczonymi działa mniej, ale na początek jak znalazł.

- Puta – tutaj już możesz poczuć czym jest losowość, bowiem tak jak powyżej opisany nie ma oporów z zabijaniem, tak tu zawsze czujesz wątpliwość – a może to jednak pan złotogwiezdny? Wychodzi więc na to, że kierujesz się raczej intuicją, tym lepiej, jeśli naturalnie kobiecą. Z początku zabijać łatwiej, mniejsza szansa na rykoszet, później lepiej pole oddać zabójcy, a jeśli ktoś na cmoka nie zareagował – może nie zauważył, ale lepiej raczej unikać takiego.

I jeszcze jedna kwestia – zdarzają się pomyłki. Nie tylko te policjanta, takie typowo ludzkie. Będąc miastowym, krzywo ci się mrugnęło, a drugi mógł to źle zinterpretować, myśląc, że to jednak ty jesteś tym złym – mi udało się tak przypadkiem dorwać szeryfa, a zdarzyło to mi się tylko raz -_-. Miastowy może też mrugać celowo, ale to jawny sabotaż i nadużycie uprawnień. Można nie zauważyć swego zabójstwa, bo osoba mruga jakoś dziwnie (choćby najpierw idzie jedno oko, a później drugie, co już budzi wątpliwości, naturalnie powinno iść tylko jedno rzecz jasna), albo bo się patrzy tylko w oczy, a tu cmoczek był. Można być zbyt pijanym by odpowiednio to zinterpretować (później mnie taki jeden cichcem pytał – 3 razy przytakiwałem, później już nawet unikając spojrzenia nań)… Mógł jednak nie patrzyć dokładnie na nas, choć nam się wydawało, więc uznał, że to nie do niego. Po partyjce bywają pretensje – “3 razy Cię zabijałem, a Ty nic!”, ale bywa i śmiech, a zasady nie są przecież jakieś żelazne, by się ich kurczowo trzymać.

A jak jest z tym piciem? My robiliśmy tak - zabity miastowy pije po zakończeniu rundy pojedynczą “dawkę”, specjalni, którym się nie udało – podwójnie. Dawka oznaczała ilość trunku, która w plastikowym kubeczku osiągała wysokość szerokości jednego palca. A po kilkugodzinnej sesji był jeszcze wczesnoporanny wypad na plażę… i się działo.

Więcej faktów nie pamiętam, posłałem wiedzę, którą ja zdobyłem – może ktoś zna inny wariant, z innymi frakcjami i mutacjami – nic nie stoi na przeszkodzie by wypróbować. A, że i ponad 20 osób może w to grać naraz – jest ciekawie.

Pozostaje mi na koniec pozdrowić wszelkich współobozowiczów z Darłówka – fajnie było.

Nie znając tego, nie znasz Kina – odcinek 0

Gusta są

jak wyrostki robaczkowe – każdy ma swój własny i zasadniczo, jeśli nie wymaga tego zawód, każdemu ów jeden jedyny wystarcza. W obrębie tych gustów znajdują się, leżąc luźno niby w przepastnym worku, określone gatunki filmowe, czy to westerny i kino noir, lub może filmy romantyczne i o tańcu, albo też krwawe horrory i kreskówki dla najmłodszych – każdy ma swój rewir, wewnątrz którego się porusza, czyniąc czasami wyjątki dla filmów nielicznych. Wyjątkowych. Wartych uwagi, mimo przynależności do kategorii zazwyczaj nam obmierzłej lub przynajmniej obojętnej.

Ja jako osoba w szerokim zakresie kinem się interesująca również mam swój gust, ale bardziej skupia się on na jakości, niźli zaszufladkowaniu w konkretnym gatunku, choć zdarzają się krainy, do których zapuszczać się nie mam odwagi – głównie jest to groźny obszar zwany pobłażliwie  ”komedią romantyczną” (jest tu coś zabawnego?) , a szczególną odrazę budzą we mnie polscy jej przedstawiciele. Za thrillerami również nie przepadam, ale to przeważnie dlatego, że fabułę mają albo nieciekawą, albo przewidywalną, choć akurat te atrybutylubią przebywać ze sobą w duecie. Mniejsza zresztą o to – lubię po prostu dobre filmy i takie oglądam. Ze 150 tytułów ocenionych na filmwebie 30 otrzymało 7/10, 66 – 8/10, zaś 33 – jeszcze oczko wyżej. Może nie jestem jakimś wybitnym wyznacznikiem poczucia smaku, do przenikliwości krytyka mi daleko, może ósemka dla “Ślubów panieńskich” (średnia 4,5), które pomimo dziwnych-nowoczesnych wtrętów bardzo mi się sposobały, była błędem, niemniej bywają tacy, co chodzą popatrzeć na srebrny ekran tylko dla efektów, a “2012″ uważają za setny cud świata. Dlatego, oddając jednocześnie pod ocenę me oceny na filmwebie pragnę przekazać łaskawym (i urojonym) czytelnikom część mojej powierzchownej wiedzy, wiedzy o kinie tym najlepszym.

Czym jest bowiem istota klasyczności? Czy wystarczy, że przeciętny widz po wyjściu z kina będzie mógł opowiedzieć o tym filmie dzień i rok później, z niemalejącym, a może i rosnącym (monotoniczność słaba…) entuzjazmem? A może trzeba tu szkiełka i oka krytyka? Lub zaistnienia w szeroko rozumianej popkulturze? W każdym razie jakaś dziwna siła sprawia, że część filmów nie przechodząc jeszcze w pełni z taśmy filmowej na nośniki odczytywane czerwonym/błękitnym laserem (tak – DVD i BD), już noszą przyjemne znamiona kultowości. Jest ona zazwyczaj niepisana, istniejąca głównie w mentalności, czasem i w przekazie ustnym, niekiedy otoczona warstewką patyny. Są jednak filmy, które każdy tytułujący się “miłośnikiem kina” zobaczyć musi/powinien.

O niektórych z nich chcę napisać. O paru innych też, ale te  muszę najpierw obejrzeć.

Jednocześnie chce uniknąć przedstawiania pozycji powszechnie znanych – LoTR’a, Gwiezdne Wojny, czy jakiegoś Bonda każdy widział (bo kultowość i popularność poszły tutaj równiutko za rąsię).

Jeśli zaś chodzi o inne – zamieszczę tutaj króciutką listę tytułów, którą ewentualni czytający mogliby ewentualnie poszerzyć o swe propozycje. Się obejrzy, się może napisze. W każdym razie – filmy zazwyczaj nieco już stare, niemalże (?) zawsze dobre, często tytuły wielkie, a do zamieszczonego wcześniej opisu pasujące. Cóż więc tu mamy? (kolejność losowo-przypomnieniowa)

  1. Pulp Fiction
  2. Ojciec Chrzestny 1-3
  3. Amelia
  4. Truman show
  5. Lśnienie
  6. Łowca jeleni
  7. Łowca androidów
  8. Amadeusz
  9. Taksówkarz
  10. Fight club
  11. Adwokat diabła
  12. Big Lebowski
  13. Brudny Harry
  14. Labirynt fauna
  15. Uwierz w ducha
  16. American Psycho
  17. Full Metal Jacket
  18. Wejście smoka
  19. V jak Vendetta
  20. Siedem
  21. Asterix i Obelix: Misja Kleopatra (serio, film jak dla mnie kultowy!)
  22. Buena Vista Social Club
  23. Cinema Paradiso
  24. Incepcja
  25. Ciekawy przypadek Benjamina Buttona
  26. Powrót do przyszłości
  27. Matrix


Wszystkie z tutaj obecnych widziałem, każdy za coś lubię. Bardziej lub mniej regularnie będę o nich pisał, a jeśli opis mój, o jakieś ciekawostki z planu (wiecie choćby, że Mel Gibson mógł być Batmanem, Wolverinem, Gladiatorem, Robin Hoodem, Amadeuszem, Terminatorem i Bondem, ale role odrzucał albo znaleźli się w końcu znani nam “zastępcy”…?) wzbogacony kogoś zainteresuje, lub nawet do obejrzenia zachęci – byłoby miło. Chwilowo jednak – czekam na głosy oburzenia – co za filmowy cud wcielony przegapiłem…

Follow

Otrzymuj każdy nowy wpis na swoją skrzynkę e-mail.